Co nam zostało z tych lat

Odbudowa Warszawy

- Niedowiarki, czcze umysły, pletą nam rozprawy, że na tamtym brzegu Wisły nie ma już Warszawy – mówiły słowa proroczej piosenki Bartelsa z połowy XIX w. Proroczej, bo tej Warszawy przez “chwilę”, nie było. Ale odrodziła się – z gruzów, popiołów i zgliszcz wojennych. Nie wróciła sama na to samo miejsce, nie sprawiła to żadna czarodziejska różdżka. Stało się tak dzięki woli i tytanicznemu wysiłkowi narodu. Na lewym brzegu Wisły nagle nie podniosła się mgła i nie odsłoniła gotowego do zamieszkania miasta. Nie był to też żaden cud, ale krew, pot i łzy szarych zjadaczy chleba.

Jeszcze Niemcy trzymali się mocno ruin wypalonego miasta, gdy już 3 stycznia 1945, na sesji Krajowej Rady Narodowej, urzędującej wówczas w Lublinie, jednomyślnie podjęto decyzję o odbudowie Warszawy. A przecież nie znano jeszcze w pełni rozmiaru zniszczeń, można je było oglądać z praskiego brzegu tylko przez lornetkę. Wtedy to ci żołnierze, którzy znad Oki szli do wymarzonej Warszawy, ujrzeli ją wreszcie. Niejeden z nich ocierał łzę opłakując zamordowane miasto i zaciskał ręce na kolbie karabinu zaprzysięgając zemstę. Ale po zwycięstwie nie o zemstę chodziło, ale o powrót i włączenie się w odbudowę.

To nie przypadek, że 1 lutego 1945 r. Rada Ministrów odbyła w Warszawie swoje pierwsze posiedzenie. Do miasta zniszczonego w 85 proc. i będącego wymarłą hałdą 20 milionów ton gruzów zewsząd ściągały ludzkie mrówki. Zima była upiornie mroźna, ale nad gruzowiskiem unosiły się dymy świadczące o tym, że tam mieszkają ludzie. Wiedzieli, że miasto zostanie odbudowane i zgłaszali się do punktów, gdzie władze organizowały akcje odgruzowania.

To o nich pisał we wstępie do katalogu wystawy zorganizowanej wiosną 1946 r. w Waszyngtonie amerykański socjolog-urbanista Levis Mumford: “Warszawa odżyje znów wspanialsza niż kiedykolwiek przedtem, bo dziś stoi wobec nędzy i ruin tak samo mężna, jak niegdyś w obliczu niebezpieczeństwa i śmierci. Ten właśnie duch czyni Warszawę równie niezniszczalną jak niezniszczalne były Ateny”. Architekci amerykańscy wyliczyli, że na samo odgruzowanie miasta potrzeba będzie 18 lat. A już po kilku latach pierwsze nie tylko odgruzowane, ale i odbudowane ulice zatętniły życiem.

Dziś prawica bagatelizuje dzieło odbudowy Warszawy. Twierdzi, że komuniści chcieli otumanić naród propagandowym sukcesem. Tak jakby chodziło o piramidy wznoszone dla kaprysu władców rękoma niewolników. Można być pewnym, że gdyby to ona, polska prawica, była wtedy u władzy, Warszawa pozostałaby nie odbudowana. Zapewne pozostawiono by owe morze ruin jako światowe centrum pielgrzymkowe z gigantycznym krzyżem pośrodku. Takie wtedy odzywały się głosy.

Dzisiaj o tamtych latach młodzież otrzymuje powierzchowną, a często i zafałszowaną wiedzę. Czerpią ją z bałamutnych podręczników jak bajkę o żelaznym wilku. Dowiadują się, że skoro była wojna to nieuchronne były zniszczenia, inni też cierpieli a potem ponosili koszty odbudowy.

Czy ktoś im mówi, że zagłada blisko półtoramilionowego miasta zaplanowano była już na początku wojny z iście niemiecką pedanterią. Są o tym wzmianki w dzienniku Hansa Franka. Oto notatka z 12 lipca 1940 r. “Jeżeli chodzi o Warszawę, fuhrer postanowił, że jej odbudowa jako polskiej metropolii nie będzie w żadnym wypadku brana w rachubę. Fuhrer życzy sobie, ażeby w związku z ogólnym rozwojem Warszawa spadła do rzędu miast prowincjonalnych”.

Już przed wojną niejaki Friedrich Pabst otrzymał nominację na przyszłego naczelnego architekta podbitej Warszawy. Miała ona docelowo liczyć 130.000 niemieckich mieszkańców. A co miało się stać z polską ludnością miasta, można się tylko domyślać. Pierwszym rozdziałem tego planu była eksterminacja ludności żydowskiej i “zagospodarowanie” terenów byłego getta. Potem podobny los miał spotkać pozostałą część mieszkańców. Pod uwagę brano jedynie ludność zamieszkującą Pragę na prawym brzegu Wisły, bo ktoś przecież musiałby usługiwać niemieckiej rasie panów.

Stało się inaczej, bo ofensywa ze Wschodu i Zachodu twórcom “nowej cywilizacji” pomieszała szyki. Zdążyli wprawdzie obrócić Warszawę w gruzy, ale nie zdołali wymazać jej z mapy świata. Znacznej części zniszczeń już po upadku Powstania Warszawskiego dokonały specjalne oddziały Vernichtungskommando, które systematycznie podpalały, a następnie wysadzały w powietrze resztki ocalałej zabudowy. Ten morderczy proceder trwał aż do początku styczniowej ofensywy.

Potem odbudowano Warszawę z pietyzmem, wskrzeszając ją z martwych do życia. Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście, Stare i Nowe Miasto, Wilanów, Łazienki i tyle innych zabytków – świadków naszej przeszłości i cywilizacji. Nie przesłoniły jej nawet potworki obecnej zabudowy – pospiesznej i bylejakiej. Ale nie ona świadczy o duchowym wymiarze stolicy kraju. Warszawiacy w świąteczne popołudnia najchętniej spieszą tam, gdzie bije serce Nieulękłej i Odrodzonej – na Trakt Królewski, pod Zamek, na Stare Miasto, na Krakowskie Przedmieście, do Łazienek. To właśnie tam chłoną atmosferę zachowanej przeszłości i czują, że spełniła się przepowiednia Mumforda o Warszawie: “Odżyła wspanialsza niż kiedykolwiek przedtem”.

Mieczysław Kozłowski

Ruch Odrodzenia Gospodarczego