|
Zamieszczamy artykuł prof. Pawła Bożyka, który jest głosem polemicznym w stosunku do poglądów D. Rosatiego i S. Sierakowskiego na przyszłość lewicy w Polsce przedstawionych na łamach Gazety Wyborczej. Redakcja GW odmówiła opublikowania polemiki prof. Bożyka.
Paweł Bożyk Jest przyszłość dla lewicy, czy jej nie ma? W świetle artykułów D. Rosatiego i S. Sierakowskiego przyszłość lewicy rysuje się nieostro; obaj autorzy proponują bowiem całkowicie sprzeczną terapię na bolączki LiD-u po ostatnich wyborach. D. Rosati chętnie powróciłby do III Rzeczypospolitej z liberalizmem, ale bez socjalizmu, S. Sierakowski zastąpiłby rówieśników Rosatiego i zwolenników jego poglądów pokoleniem o dwadzieścia – trzydzieści lat młodszym, nie obciążonym miłością do liberalizmu i nie wykluczającym socjalizmu.
Pojęcie “Lewica” obejmuje szerokie spektrum poglądów: od komunistów począwszy, poprzez socjalistów, a na socjaldemokratach skończywszy; przy czym socjaldemokratów podzielić można na tych tradycyjnych (sprzed T. Blaira w Wielkiej Brytanii i G. Schroedera w Niemczech), na zwolenników “trzeciej drogi” i tych współczesnych (głównie Skandynawów), którzy nie podporządkowali się wprawdzie zasadom “trzeciej drogi”, ale znacznie zmodyfikowali program socjaldemokracji tradycyjnej. Komuniści, praktycznie rzecz biorąc, prawie we wszystkich krajach europejskich zeszli ze sceny politycznej. Przyczyniły się do tego błędy tzw. “socjalizmu realnego”, nazywanego obecnie komunizmem - choć ideologię komunistyczną od wyznawanej przez zwolenników “realnego socjalizmu” dzieliła cała przepaść. Socjaliści pozostali nadal na scenie politycznej, choć samodzielnie nie sprawują już władzy. Niemiecka “Die Linke”, której przewodniczą Oskar Lafontaine i Lothar Bisky, ma swoich przedstawicieli w Bundestagu, podobnie socjaliści włoscy i francuscy. W Europie od 2004 r. funkcjonuje zrzeszenie partii socjalistycznych pod nazwą “Lewica Europejska”. Socjaldemokraci stali się faktycznie jedyną realną przeciwwagą polityczną dla prawicy. W części krajów jest to wciąż socjaldemokracja tradycyjna, ta sprzed “trzeciej drogi”. W Wielkiej Brytanii i w Niemczech socjaldemokracja przeszła metamorfozę, zbliżając się ze swymi programami do centrum. Natomiast w Szwecji socjaldemokraci po utracie władzy w latach 1991-1997 tylko w niewielkim stopniu skorygowali swój program, kontynuując budowę nowoczesnego “państwa opiekuńczego”. Polska socjaldemokracja oparła swój program, przygotowany na początku lat dziewięćdziesiątych, na doświadczeniach tradycyjnej socjaldemokracji europejskiej. Podstawę tego programu stanowiła ideologia społecznej gospodarki rynkowej, zakładająca silne państwo z rozbudowanym budżetem, wysokimi i progresywnymi podatkami, bezpłatną służbą zdrowia i świadczeniami socjalnymi, bezpłatnym szkolnictwem wszystkich szczebli. Strzec tego miały silne związki zawodowe, zrzeszone w centrale związkowe. Negocjowały one układy płacowe pod groźbą strajku. Związkowcy w przedsiębiorstwach mieli swoich przedstawicieli w zarządach, co pozwalało im monitorować sytuację ekonomiczną przedsiębiorstw i wywierać na nie naciski w celu zwiększania świadczeń socjalnych. W oparciu o takie podstawy ideologiczne socjaldemokraci polscy sformułowali program, z którym poszli do wyborów, najpierw w roku 1993, a następnie w 2001. W tym czasie pojawiła się w Europie koncepcja tzw. “trzeciej drogi” (pisałem o niej szczegółowo w “Gazecie Wyborczej” nr 205 z 2 IX 1999: “Dokąd zaprowadzi nas “trzecia droga”). Jej prekursorzy T. Blair i G. Schroeder odżegnali się od sztandarowych haseł państwa opiekuńczego; ich zdaniem socjaldemokratyczni zwolennicy państwa opiekuńczego błędnie interpretują pojęcie sprawiedliwości społecznej, postulując równość w podziale dochodu narodowego zamiast równych szans i możliwości tworzenia tego dochodu. Rosnące wydatki budżetowe zmuszają państwo do nakładania na przedsiębiorstwa wysokich podatków i innych obciążeń. Obniża to ich możliwości inwestycyjne, rodzi stagnację, a w konsekwencji ogranicza zakres świadczeń społecznych. Pojawiają się tendencje do wzrostu bezrobocia, inflacji i wielu innych patologii. Zamiast więc państwa opiekuńczego zaproponowali oni działania na rzecz przyspieszenia rozwoju gospodarczego, zwiększenia zatrudnienia, a w ślad za tym dochodów. Rolę państwa sprowadzono do ułatwiania zdobycia wykształcenia i przekwalifikowywania zawodowego. Politykę państwa zderegulowano, a własność publiczną sprywatyzowano. Zmniejszono do minimum rolę budżetu, wprowadzając odpłatną służbę zdrowia i edukację, bezpłatne świadczenia ograniczono do minimum. Leszek Miller, premier polskiego rządu socjaldemokratycznego w pierwszej połowie obecnego dziesięciolecia, był zafascynowany programem Blaira i Schroedera, konsekwentnie wprowadzając jego założenia w życie. Chciał nawet ich przelicytować, proponując wprowadzenie podatku liniowego (zarówno Blair, jak i Schroeder nie odważyli się uczynić tego w swoich krajach). Marek Belka – następca Millera na stanowisku premiera – poszedł jeszcze dalej drogą swego poprzednika, zdecydowanie ograniczając świadczenia społeczne, zasiłki dla bezrobotnych i inne wypłaty z budżetu państwa. Po odejściu Millera i Belki socjaldemokracja polska nie zmieniła swego azymutu, pomimo niepowodzeń, jakie spotkały “trzecią drogę” najpierw w Niemczech, a następnie także w Wielkiej Brytanii. W Niemczech SPD i Zieloni, ponosząc porażkę w ostatnich wyborach, utracili ster rządu, zaś Schroeder –przywództwo partii. Co więcej, SPD zmieniła kierunek marszu, zastępując ideologię socjaldemokratyczną – ideologią socjalistyczną. Także w Wielkiej Brytanii fundamenty “trzeciej drogi” uległy erozji, czego wyrazem było odejście T. Blaira, spowodowane nie tylko względami prywatnymi, lecz również krytyką jego programu. Obecny stan umysłów na polskiej lewicy świadczy o jej milczącej zgodzie na zejście ze sceny politycznej. Propozycja D. Rosatiego, by przestać udawać, że realizując ideały “trzeciej drogi” reprezentujemy lewicę i otwarcie przybrać kurs na centrum, jest jakimś rozwiązaniem. Tyle, że – zgodnie z deklaracją D. Tuska – miejsce w centrum jest już zajęte przez PO, która nie życzy sobie, by traktować ją jako prawicę. LiD może się oczywiście “przytulić” do PO, ale nie wróżę mu sukcesu jako samodzielnej formacji politycznej. Nawoływanie Sierakowskiego, by dokonać w LiD rewolucji pokoleniowej, bo “starzy” nic już nie wymyślą, uczynią to dopiero dwudziesto- i trzydziestolatkowie, jest czystą demagogią; jak dotąd młodzi dalecy są również od zaproponowania programu politycznego, który mógłby lewicy przynieść zwycięstwo. Aby to uczynić konieczna jest w pierwszym rzędzie odpowiedź na pytanie, czyjego poparcia lewica oczekuje w następnych wyborach. Musi to być przede wszystkim poparcie ze strony ludzi młodych, czego dowodem jest choćby wynik ostatnich wyborów. Już dziś młodzież ma głos decydujący w wielu sprawach. Ukłonem w jej stronę powinno być zwiększenie wszelkiej swobody, także obyczajowej, edukacyjnej, ekonomicznej, jak również pomocy w zdobyciu wykształcenia, w zmianie zawodu itp. Lewica musi ponadto zabiegać o przychylność ludzi biednych. Część z nich zawsze będzie skazana na pomoc państwa, w tym pomoc w wychowaniu i wykształceniu dzieci, w zdobyciu pracy i mieszkania. Lewica powinna jednoznacznie poprzeć bezpłatne szkolnictwo i szeroko rozbudowaną pomoc stypendialną, a także bezpłatną służbę zdrowia i opiekę socjalną. Lewica nie może jednakże odwrócić się plecami do ludzi biznesu. Należą do nich nie tylko Kulczyk, Krauze, Starak czy Niemczycki, lecz także miliony drobnych i średnich przedsiębiorców, zajmujących się często biznesem rodzinnym, o niewielkim majątku, ale z dużą inicjatywą. To im lewica powinna pomóc, upraszczając przepisy, ułatwiając kredyty itp. Obowiązkiem lewicy jest wpływanie na banki, by nie prowadziły polityki wrogiej tej grupie ludzi. Lewica powinna jednocześnie wspierać drobne przedsiębiorstwa w ich zmaganiach z wielkimi monopolami krajowymi i zagranicznymi. W tym miejscu jednoznacznie określona jest różnica między lewicą a centrum (PO), któremu bliższy jest wielki kapitał. Wszyscy pragniemy niskich podatków, ale lewica nie może nawoływać do wprowadzenia podatku liniowego. Zmniejszyłby on znacznie dochody budżetu i zaostrzył różnice społeczne. Bez silnego budżetu polityka socjalna byłaby niemożliwa. Nie zgadzam się z D. Rosatim, że duża część elektoratu została na zawsze utracona przez lewicę na rzecz PiS, bo omamili go Kaczyńscy, Kościół i Radio Maryja. Moim zdaniem elektorat ten przynajmniej w części jest do odzyskania poprzez zaproponowanie mu zwartego i logicznego programu społecznego i gospodarczego, stwarzającego perspektywy poprawy warunków egzystencji nie tylko po śmierci – w raju, ale także w życiu doczesnym – w Polsce. Lewica musi również przyciągnąć tych Polaków, którzy nadal nie poszli głosować, bo obce są im idee PiS i PO, a ostatniego programu LiD-u nie mogli zaakceptować. Twierdzenie, że elektorat ten wkrótce zniknie ze sceny politycznej, jest co najmniej nieeleganckie. Reasumując, lewica polska nie jest pozbawiona perspektyw. Wymaga jednak rozpoczęcia pracy od podstaw, przez młodych i starych, biednych i bogatych. Trzeba od zaraz przygotować solidne podłoże intelektualne programu politycznego, a następnie wyborczego. Moim zdaniem najlepszym punktem odniesienia jest program socjaldemokracji szwedzkiej, która potrafiła wyzwolić się z pęt tradycyjnego państwa opiekuńczego, ukształtowanego pół wieku temu, a jednocześnie nie poddała się demagogii “trzeciej drogi”. Szwedzi postawili na rozwój, na młodych, nie rezygnując jednocześnie z pozytywnego dorobku “welfare state”. Polska lewica musi liczyć na siebie, nie będzie to jednak możliwe, dopóki nie sprecyzuje swojej tożsamości. |