|
Walka z kryzysem Paweł Bożyk NIE TĘDY DROGA Walka z kryzysem stała się swego rodzaju kartą przetargową w rywalizacji politycznej między PiS-em i Platformą Obywatelską. Najpierw PiS wytoczył ciężkie argumenty antykryzysowe mające zagwarantować – jego zdaniem – pełen sukces w tej batalii. Teraz Platforma nie mówi o niczym innym, jak o zwalczaniu kryzysu. Obie partie wsparły się nazwiskami ekonomistów – zwolenników proponowanych rozwiązań. Wśród nich nie brakuje neoliberałów “umoczonych” we wspieraniu systemu, który zaowocował światowym kryzysem finansowym. O ile jednak depresja gospodarcza w wielu krajach zachodnich stała się faktem, o tyle w Polsce, jak dotąd, jest głównie szumem medialnym. Szum ten powodują głównie filie wielkich korporacji ulokowane w Polsce, które wytwarzają podzespoły i wyroby finalne na potrzeby rynków zagranicznych. Spadek popytu na te wyroby na rynkach zachodnich zmusza je do ograniczenia produkcji, a w rezultacie do zwolnień pracowników. Korzystając z okazji, wiele przedsiębiorstw “porządkuje” zatrudnienie, zwalniając pracowników, których w normalnych warunkach nie można byłoby zwolnić, choćby ze względu na opór związków zawodowych. Część przedsiębiorców na wszelki wypadek ogranicza fundusze płac, starając się zneutralizować podwyżki zarobków, które miały miejsce w ostatnich latach. Jeszcze w grudniu ub. roku w zakupach przedświątecznych Polska wykazywała wzrost wydatków w porównaniu z analogicznym okresem sprzed roku. Zwiększała się sprzedaż nowych samochodów, kupowano więcej sprzętu agd, elektroniki i innych wyrobów. Jak co roku, w styczniu sprzedaż spadła w porównaniu z grudniem, jak będzie w lutym, na razie nie wiadomo. Na jakiej więc podstawie wyciągane są wnioski, że w Polsce ma miejsce kryzysowy spadek popytu konsumpcyjnego? Jeżeli nawet jest to prawda, nie można go ująć statystycznie. Nie brakuje jednak podmiotów gospodarczych, które robią wszystko, by kryzys narastał i to szybko. Należą do nich banki, z nazwy polskie, z istoty zagraniczne. To Bank Pekao S.A. ustami prezesa J. Bieleckiego zażądał państwowych dotacji (wzorem Stanów Zjednoczonych), grożąc, iż ograniczy do minimum kredytowanie polskich przedsiębiorstw i podniesie oprocentowanie. A przecież nie tak znowu dawno bank ten ogłaszał miliardowe kwoty zysku wygospodarowane w Polsce; gdzie one się podziały? Jest tajemnicą poliszynela, że zabrał je bank – matka w Mediolanie, by pokryć swe straty związane z zakupem skażonych papierów wartościowych. Podobnie postępują inne banki zagraniczne w Polsce, a przecież należy do nich prawie 90% tego sektora. Kilkanaście lat temu, gdy prywatyzowano polskie banki, nikt nie chciał słuchać argumentów, biorących pod uwagę skutki długookresowe; kto wtedy myślał, co będzie za 10 - 15 lat, wszyscy pasjonowali się efektami doraźnymi, krótkookresowymi w postaci napływu (niewielkiej zresztą) gotówki na zatkanie dziury budżetowej. Ci politycy, którzy myślą, że można będzie w ogóle uniknąć kryzysu w Polsce, srogo się na takim przekonaniu zawiodą. Nie jesteśmy odizolowaną wyspą, niezależną od reszty świata. Jesteśmy członkiem Unii Europejskiej i częścią gospodarki światowej. Nasze przedsiębiorstwa produkują na potrzeby prawie całego świata, eksportując bezpośrednio bądź też za pośrednictwem korporacji zagranicznych. Jeszcze nie tak dawno byliśmy dumni z tempa wzrostu naszego eksportu, dziś musimy zdać sobie sprawę z faktu, iż ten właśnie eksport oznacza transmisję kryzysu do Polski i to w zupełnie prosty sposób. Polskie przedsiębiorstwa są w decydującej części producentami zespołów, podzespołów i części, a także surowców i materiałów dla czołowych korporacji niemieckich, francuskich, brytyjskich, włoskich i innych. Gdy spadnie popyt na wyroby tych korporacji, co stało się już na rynku amerykańskim i japońskim, będą one musiały ograniczyć produkcję i zrezygnować z dostaw poddostawców, w pierwszej kolejności – zagranicznych. Polskie przedsiębiorstwa pójdą na pierwszy ogień, bo 90% z nich to jednostki drobne, zatrudniające kilkadziesiąt osób. Z takich najłatwiej zrezygnować, bo można to uczynić bez żadnych zobowiązań, zwłaszcza socjalnych. Pierwsze efekty tych decyzji dotarły już do Polski, na zasadnicze trzeba jeszcze trochę poczekać. Zahamowanie dynamiki rozwoju będzie również skutkiem coraz mniejszego napływu kapitału zagranicznego. Kapitału tego jest coraz mniej, a jeżeli nawet ktoś go posiada w nadmiarze, znajdzie wiele innych sposobów wykorzystania tych funduszy. Brak dopływu kapitału zagranicznego w formie bezpośrednich inwestycji kapitałowych musi spowodować zmniejszenie stopy inwestycji i zrodzi wszystkie z tym związane negatywne skutki. Brak kapitału portfelowego spowoduje zaś trudności związane z zakupem papierów wartościowych i pokryciem deficytu budżetowego. Zahamowanie tempa wzrostu eksportu wpłynie negatywnie na import zaopatrzeniowy, konsumpcyjny, inwestycyjny, a stąd do depresji droga jest całkiem bliska. Nie ma co liczyć na import na kredyt; nasze przedsiębiorstwa prywatne, zadłużone na prawie 200 mld dolarów za granicą nie są w dzisiejszych warunkach najbardziej wiarygodnym partnerem, o kredyt będzie więc trudno i będzie on znacznie droższy. Platforma chce przeciwdziałać kryzysowi przy pomocy narzędzi polityki, która ten kryzys spowodowała. Czołowi ekonomiści światowi nie mają wątpliwości, że obecny kryzys spowodowany został przez politykę neoliberalną. To dzięki niej obrót finansowy oddzielił się od sfery realnej (produkcji, konsumpcji, inwestycji i handlu) i zaczął żyć własnym życiem, wypracowując zyski prawie w całości w sposób spekulacyjny. To neoliberalni demagodzy zażądali ograniczenia państwowej kontroli nad bankami komercyjnymi spychając na margines banki centralne. To dzięki neoliberałom banki komercyjne stały się państwami w państwie, pozbawionymi czyjejkolwiek kontroli. W efekcie pojawiły się papiery wartościowe, nie oparte na depozytach bankowych, lecz na nie spłaconych kredytach. Agencje ratingowe po koleżeńsku pisały raporty, że wszystko jest w należytym porządku, a banki liczyły pseudozyski w dziesiątkach i setkach miliardów dolarów, sowicie opłacając wszystkich, a zwłaszcza swoje zarządy i rady nadzorcze. Wielusetmilionowe wynagrodzenia prezesów nie należały do rzadkości. Platforma chce ustrzec Polskę przed skutkami tego typu anomalii, przede wszystkim poprzez walkę z deficytem budżetowym, koncentrując się na cięciu wydatków. Metoda ta nie tylko nie zapobiegnie kryzysowi, lecz przeciwnie, szybko i wyraźnie go zintensyfikuje. Jednocześnie platforma jest przekonana o zbawiennej roli obniżki stopy procentowej. Gdy neoliberalizm był w pełni rozkwitu, operacja taka przynosiła oczekiwane skutki, ale dziś, w dobie schyłkowej tego systemu, operacje stopą procentową są całkowicie jałowe. Pokazały to doświadczenia amerykańskie. Walka z kryzysem nie może się również odbywać przy pomocy zmniejszania podatków od najwyższych dochodów. Zyski z tego tytuły wcale nie są kierowane na inwestycje, lecz na konsumpcję i to najczęściej za granicą. Do niczego nie prowadzi też dalsza prywatyzacja i liberalizacja gospodarki. W warunkach kryzysu jest to droga donikąd. Walka z kryzysem wymaga odwagi i nowych rozwiązań. Trzeba wziąć przykład z Baracka Obamy i amerykańskich demokratów. Wiele nowych rozwiązań znaleźć można również w postępowaniu rządów zachodnioeuropejskich. Podstawowa metoda, to nie ciąć wydatków budżetowych. One bowiem decydują o popycie i to zarówno konsumpcyjnym, jak też inwestycyjnym. W warunkach kryzysu trochę większy deficyt budżetowy jest mniej szkodliwy niż zrównoważenie budżetu przy pomocy zmniejszenia wydatków. Zamiast prywatyzacji, rząd powinien tworzyć nowe miejsca pracy przy pomocy finansowania inwestycji infrastrukturalnych, rozbudowy sektora socjalnego, uruchamiania robót publicznych itp. Dodatkowego popytu szukać należy zwiększając dochody najuboższych; każdy, nawet najmniejszy ich wzrost zwiększa masowy popyt konsumpcyjny, zwłaszcza na żywność. Podatki trzeba więc zmniejszać najuboższym, a nie najbogatszym. W ekonomii światowej kieruje się uwagę na politykę nazywaną postkeynesowską, całkowicie różną od neoliberalizmu. Neoliberalizm był krótkim, wynaturzonym epizodem w historii gospodarczej świata. Jego pięć minut minęło bezpowrotnie. Możemy oczywiście w Polsce sztucznie przedłużyć życie neoliberalizmu o rok czy kilka lat, ale za jaką cenę? Mieliśmy już taki precedens przed II wojną światową. Prezydent Mościcki był bardzo przywiązany do waluty złotej i chociaż prawie cały świat z niej zrezygnował, on ją utrzymał do 1936 roku; ileż to Polskę wtedy kosztowało w postaci wyprzedaży koncernom zagranicznym naszego majątku! Lepiej nie powtarzajmy tych błędów. |