Krach na warszawskiej giełdzie Jeszcze może nie jest to czarny czwartek na nowojorskiej giełdzie, ale stratę inwestorów sięgającą 30% trudno nazwać sukcesem. Można odnieść wrażenie, że nie tylko giełda, ale cały tzw. system finansów państwa zaczyna “dołować”. Wielokrotnie w różnych gremiach zwracaliśmy uwagę na konieczność reformy finansów publicznych. I choć zgadzał się z taką opinia i prof. G. Kołodko i prof. R Bugaj. to decyzja w tej sprawie należała do pollityków. Teraz realnie zaczyna się walić pseudosystem finansów postbalcerowiczowskiej pseudogospodarki. W całym normalnym świeci giełda służy do pozyskania kapitału przez spółki akcyjne. Akcjonariusze (ludzie o zasobnym portfelu) oczekują, że nadwyżka bilansowa przedsiębiorstwa, w którego akcje zainwestowali swoje pieniądze, będzie tak wysoka, że dywidenda pomnożona przez ilość zakupionych akcji da zadowalający dochód. W Polsce rzeczy się mają zgoła inaczej. Przedsiębiorcy mają nadzieję na pozyskanie długoterminowego kapitału giełdowego, ale przecież w Polsce nie ma wolego kapitału. Wszyscy pamiętamy, że banki musiały być dokapitalizowane a przemysł nic nie produkuje, bo był rzekomo nieefektywny i został sprzedany Dla kogo polska giełda? – dla dużego zachodniego kapitału spekulacyjnego. Ten kapitał rzadko oczekuje na dywidendę z wyniku bilansowego. Właściciele inwestują go tam, gdzie akurat spodziewany jest natychmiastowy zysk, choćby ze spodziewanych zwyżek akcji w innym kraju. Krajowi inwestorzy też nie są zainteresowani wynikami spółek giełdowych, gdyż “grają” na krótkookresowych zwyżkach cen akcji. Warto się zastanowić, jaką wartość dla przedsiębiorstwa ma kapitał pozyskany na giełdzie. Nie wiadomo bowiem, czy brak kapitału nie jest bezpieczniejszy od jego posiadania. Wyobraźmy sobie, że realizujemy inwestycje i nagle bez żadnej przyczyny nasze akcje spadają często poniżej ich wartości nominalnej (emisyjnej). Znaczy to, że giełda przecenia wartość majątku przedsiębiorstwa i nie tylko nie ma ono kapitału na dokończenie inwestycji, ale przy możliwej zmowie kartelowej banków zachodnich nie dostaną kredytu na jej dokończenie i możliwe jest bankructwo, albo wrogie przejęcie. Narażeni są nie tylko inwestorzy, ale i uczestnicy funduszy inwestycyjnych. To przeważnie drobni ciułacze którzy zawierzyli solidności systemu finansowemu. Do nadchodzącego krachu gospodarczego walnie przyczynia się niedorzecznie zapisana w konstytucji reguła niezależności banku centralnego. Polska jest bodaj jedynym państwem na świecie, w którym rząd nie ma wpływu na politykę banku centralnego. Dodatkowo wynik friedmanowskiego modelu opisującego warunki równowagi pieniężnej na rynku jest deformowany, ponieważ w równaniu za wartość stałą przyjmuje się szybkość obiegu pieniądza. Szybkość obiegu pieniądza należy rozumieć jak rotacje w handlu. To tak, jakby kupiec nie wiedział, ile towaru sprzedał, jaki był jego zarobek i ile gotówki może przeznaczyć na zakup następnego towaru do sprzedaży. Konkluzja. Nie wiadomo jaka ilość pieniądza powinna być na rynku. A przecież przyrost wartości wytworzonej i sprzedanej produkcji wymaga stosownie większej ilości pieniądza na rynku. Przy założeniu stałej wartości szybkości obiegu pieniądza, przyrost wartości produkcji fałszywie odczytuje się jako presję inflacyjną i zamiast zwiększyć ilość gotówki bank podnosi stopy procentowe. Być może dlatego państwo polskie nie prowadzi żadnych inwestycji. Takie posunięcia od lat utrwalają w Polsce stan permanentnej recesji a rząd nie ma wpływu na rozwój gospodarczy kraju, ponieważ nie ma mierników efektów swojego działania. I nie jest to wina kapitalizmu, neoliberalizmu, czy jak kto woli monetaryzmu. W tej sytuacji rząd musi się ciągle zadłużać, ponieważ ciągła recesja przy kipiącej gospodarce światowej powoduje, że wpływy budżetowe są niewystarczające. A tu w kolejce, lekarze, pielęgniarki, nauczyciele i Bóg wie kto jeszcze. To tylko dwie niedorzeczności polskiego systemu finansowego. Widz
|