|
Uwagi do sprawozdania Komisji Finansów Publicznych W Polsce nie doszło do szczególnie ważnego wydarzenia, a mianowicie nie opracowano nowego, polskiego systemu ekonomicznego. W Polsce nie istnieje jak u Brytyjczyków, Niemców czy Skandynawów własny system gospodarczy. Oczekujemy na cud. A cudów nie ma, tak jak nie ma nawet pomysłu na projekt takiego systemu. Nie ma nawet sprecyzowanego kierunku, w jakim projekt miałby być opracowany. Mamy natomiast konstytucję, w niej przed laty zapisano nie niosące żadnej treści hasło SGR czyli “Społeczna Gospodarka Rynkowa”. Rzecz nie polega na samym nazewnictwie, ono wskazuje jedynie na rodzaj systemu gospodarczego, a za każdym przymiotnikiem charakteryzującym szczególny rodzaj kapitalizmu stoi ogromna wiedza ekonomiczna stanowiąca o sprawnym mechanizmie gospodarczym. Ta wiedza jest szeroko znana i stosowana od czasów A. Smitha. Polski system nazywanym SGR ma cechy nieokreślonej chimery. Z każdej przyzwoitej szkoły wyrzuca się za ściąganie, jednak Polacy (bezkarnie) ściągnęli nazwę (SGR) z bardzo szczególnego niemieckiego systemu gospodarczego, a że jak to przy ściąganiu nic z niego nie rozumieli, to w miejsce deklarowanych zasad zgodnych z systemem kontynentalnym, do którego należy SGR, “montują” absolutnie odmienny anglosaski system gospodarki rynkowej. Jeżeli pominiemy fakt, że to działanie wbrew konstytucji, to skutki takich praktyk można porównać do skutków jazdy po jednym torze dwóch pociągów naprzeciw siebie - katastrofa jest tylko kwestią czasu. W nowym rozdaniu politycznym nie zrobiono nic, co zmieniłoby ten stan rzeczy. Do takiego wniosku skłania sprawozdanie Komisji Finansów Publicznych o rządowym projekcie ustawy budżetowej na rok 2008. Pan profesor Vincent-Rostkowski po mistrzowsku opisał obecny stan naszej gospodarki. Więcej - w mistrzowski sposób precyzuje jej wady, niedociągnięcia, ułomności. Dopóki sprawa dotyczyła teorii ekonomii wszystko było z najwyższej akademickiej półki. “Schody” zaczęły się przy formułowaniu wniosków Na naszym etapie rozwoju gospodarczego pan minister zaleca jako jeden z celów strategicznych ”średnioterminowe spokojne dochodzenie (…) np. do obniżenia długu publicznego, ale i zmniejszenie biurokratycznych hamulców rozwoju przedsiębiorczości, które w istotny sposób spowalniają wyrost całej gospodarki”. Dlaczego priorytetom M.F. ma być obniżanie długu publicznego?. Z formalnego punktu widzenia tak mówi teoria. Jeżeli obniżanie długu publicznego jest priorytetem, to gdzie w schemacie polskiego ustroju gospodarczego funkcjonuje dług publiczny? Słuszny postulat obniżenia długu publicznego winien być realizowany w warunkach, kiedy potencjalnie negatywne skutki tej operacji nie będą niosły negatywnych skutków dla jakości życia społeczeństwa. Sam dług publiczny winien być zaciągany w każdym przypadku koniecznej z punktu widzenia interesów gospodarki inwestycji, której zwrot kosztów nastąpi w krótko lub średnioterminowym przedziale czasowym. Być może istnieją inne przesłanki do analitycznego rozważenia czy stać nas, a jeżeli tak, to w jakiej skali zmniejszać dług publiczny. Jeżeli priorytetową przyczyną spowalniania gospodarki jest “zmniejszenie biurokratycznych hamulców rozwoju przedsiębiorczości, które w istotny sposób spowalniają wyrost całej gospodarki”, to natychmiast pytamy, na jakiej podstawie formułuje się priorytety. Takie “okrągłe” stwierdzenie bez konkretnych wskazań jest poprawne politycznie, ale nie niesie żadnej treści. Biurokratyczne hamulce są osadzone w zapisach prawa i muszą istnieć, bo istnieją we wszystkich gospodarkach świata i stanowią element porządku gospodarczego. Naszym zdaniem najważniejszą przyczyną nędznego wzrostu gospodarczego jest brak pomysłu na Polską Gospodarkę. Powyrywane z różnych obcych systemów gospodarczych fragmenty logicznej całości, w Polsce mają funkcjonować jako “społeczna gospodarka rynkowa”. Nie zadziałają z tysiąca przyczyn pozaekonomicznych a głównie dlatego, że technicznie nie mają cech półautomatu - maszyny, którą, uruchamia kapitał, i na razie jest taką, przy której można w dowolny sposób majstrować. Kto za to wszystko odpowiada? Wg min. Finansów to “PRL ze swoim lekceważeniem dla pojedynczego człowieka zostawiła po sobie wyjątkowo trudne do usunięcia dziedzictwo. Jest to brak wiary w to, że ludzie posiadają wrodzoną zdolność do skutecznego samodzielnego działania.” To teza wygodna ale i kłopotliwa, bo jeżeli PRL jest powodem kłopotów polskiej gospodarki to przypomnimy, że nikt oprócz Polski nie miał “szczęścia”, by nowy porządek gospodarczy był autorstwa L. Balcerowicza, nieodrodnego dziecka tamtego systemu. Przypominamy, bo jakoś nikt nie pamięta, że od państwa jako podmiotu gospodarczego wg. A. Smitha również wymaga się skutecznego samodzielnego działania . Skąd wiadomo, że w Polsce 90% ludności pracującej poza rolnictwem pragnie realizować się w samodzielnym działaniu? Z jakiego powodu mamy realizować laissez faire, jeżeli w konstytucji jest zapisany model społecznej gospodarki rynkowej. Stanowisko pana ministra w tej kwestii staje się zrozumiałe, kiedy uświadomimy sobie, że pan Jan Vincent-Rostowski żył w realiach anglosaskiej myśli ekonomicznej, gdzie panuje system gospodarki rynkowej, i choć zdecydowanie różni się ona od SGR, to przecież nie dominuje w niej leseferyzm. Dlaczego więc nie nawołuje pan do dysputy nad stworzeniem w Polsce systemu, który byłby oczekiwany, akceptowany i odpowiadał aspiracjom Polaków? Zamierzamy zmniejszyć bezrobocie o 10% Likwidacja tego śmiertelnego dla gospodarki zjawiska o 10% jest nadzwyczaj ambitnym zadaniem. Ale mamy wątpliwości co do przedstawionych szacunków wzrostu PKB. Wg odwrotności zasady Okuna każdy wzrost zatrudnienia o 1% powyżej naturalnej stopy bezrobocia (ok.5-7%) powoduje wzrost PKB o 2,5%. Skąd więc tak nadzwyczajnie ostrożne szacunki co do wzrostu PKB ledwie na poziomie 7%? Spróbuję odpowiedzieć na to pytanie. Prawdopodobnie pan minister wie co dolega polskiej gospodarce. Pan wie, że nasz PKB nie zależy do stanu i możliwości naszej gospodarki, zależy on od stanu gospodarek obcych, dla których świadczymy usługi - jesteśmy podwykonawcami, w związku z tym nasza gospodarka w znakomitej większości opiera się na reeksporcie. To dlatego zachodowi potrzebna jest mocna złotówka, której fluktuacje w krótkim okresie stają się podejrzanie symptomatyczne. Nasz wzrost gospodarczy jest pochodną koniunktury światowej, ale widziany przez pryzmat interesów gospodarczych innych państw, Inaczej mówiąc, nie mamy własnych narzędzi, które miałyby zdecydowany wpływ na nasz wzrost gospodarczy. Oznacza to, że, mimo znacznego wzrostu zatrudnienia PKB będzie na relatywnie niskim poziomie. Czy to znaczy że zasada Okuna jest błędna? Nie! To ekonomia w polskim wykonaniu jest chora i nie poddaje się żadnym prawom ekonomii. Dowód? Wzrost zatrudnienia nie będzie skutkiem rozwoju naszej gospodarki, nie stanie się przez to źródłem efektywnego popytu, a przecież wzrost gospodarczy wymaga dużego popytu. To prosta droga do kryzysu - i tak jak z pociągami jadącymi po jednym torze naprzeciw siebie - katastrofa jest tylko kwestią czasu. Większa ilość pieniądza na rynku (z powodu większego zatrudnienia) nie spowoduje naturalnego wzrostu produkcji, bo konsumpcja w Polsce nakręci koniunkturę w innym kraju. Innymi słowy, dobra powszechne kupimy sobie gdzie indziej, bo u nas nikt ich nie produkuje. A ponieważ gospodarka nie zanotuje adekwatnego wzrostu PKB, NBP oglądając problem z krystalicznie monetarystycznych pozycji słusznie odnotuje nieuzasadniony wzrost pustego pieniądza na rynku. W związku z tym podniesie stopy procentowe i w efekcie zamrozi i tak słabą gospodarkę narodową. Nie pan minister będzie za to odpowiadał, będzie to “suwerenna” decyzja niezależnego Banku Centralnego. Następny temat to prywatyzacja. Trudno dyskutować ze słusznością twierdzenia o wyższej efektywności inwestorów prywatnych z inwestycjami dokonywanymi przez państwo. W wyrażeniu kapitałowym i rzeczowym, prawo Stanley’a mówi, że ta przewaga dochodzi do 25%. To prawda, tylko czy warto walczyć o ten teoretyczny przyrost. Do tej pory w Polsce społeczne koszty prywatyzacji były wyższe niż hipotetyczny zysk wynikający z tzw. przekształceń własnościowych. Powszechnie wiadomo, że wzrost efektywności, czyli zmniejszenie kosztów działalności przedsiębiorstwa, w Polsce związany jest głównie z redukcją zatrudnienia i oszczędnościami dokonywanymi na wszystkim i za wszelką cenę. Zaś wprowadzanie nowoczesnych technologii skutkuje jedynie marginalnie zmniejszeniem kosztów. To żadna sztuka wyrzucić z pracy tzw. zbędną część załogi, a obowiązki zwalnianych pracowników przerzucić na pozostałych w pracy“szczęśliwców”, co do tej pory nie było żadnym powodem do jakiegokolwiek wzrostu wynagrodzeń. Natomiast pracownicy w takich przedsiębiorstwach mają gwarantowany 10 godzinny dzień pracy. Szkody takiego działania są ewidentne. Przede wszystkim powodują wzrost bezrobocia, z którym pan minister zamierza walczyć. Od zwolnionych z pracy nie ma wpływu do budżetu z podatków, jest za to nowy wydatek budżetowy na rzecz bezrobotnych. Z powodu większej efektywności gospodarowania większe pieniądze fizycznie “weźmie do kieszeni” nowy właściciel, ale budżet z tej nadwyżki nie zobaczy ani złotówki. Od tego jest w firmie główny księgowy. Taki scenariusz to pół biedy. Bieda jest wtedy, kiedy obca konkurencja kupuje zakład w celu jego całkowitej likwidacji wide “Ożarowskie Kable”. Skutki szaleństwa prywatyzacyjnego doskonale widać na autostradzie Kraków-Katowice, która od dnia otwarcia jest systematycznie remontowana. To znaczy, że są takie dziedziny w gospodarce, w których oszczędzać nie należy, a “nadzwyczajna oszczędność” i “super efektywność” to immanentne cechy prywatnego inwestora. Jeżeli prywatny kapitał jest na tyle “mocny”, żeby kupować nasz majątek, to może niech w inny sposób dowiedzie swej skuteczności i efektywności. Niech wybuduje np. rafinerię, i niech konkuruje z już istniejącym na rynku przedsiębiorstwem państwowym. Dla jakich powodów Polak ma konkurować z obcym kapitałem? Normalne byłoby, żeby to obcy kapitał konkurował z polskim przedsiębiorstwem. Niech obcy kapitał walczy o polskiego pracownika, niech podnosi zarobki, niech wprowadza nowe standardy pracy, nowe technologie. To nie jest lewicowe dziwactwo. To element porządku ustroju gospodarczego obowiązujący w niemieckiej SGR. Tam przedsiębiorca zagraniczny, pragnący założyć swoje przedsiębiorstwo na terenie jednego z 16 krajów związkowych, otrzymuje ofertę inwestycyjną, polegającą na ofercie zakupu gruntu pod inwestycję w wybranym przez siebie regionie. Takie inwestycje automatycznie “zdejmą” z rynku znaczną część bezrobotnych, przysporzą wiele oczekiwanych wpływów do budżetu, i pozwolą zmniejszyć jego deficyt, bez wyprzedaży majątku narodowego. Inwestycje dadzą impuls, dla rozwoju przedsiębiorczości, a przejawiać się będą, w oferowaniu usług w różnych dziedzinach nowemu podmiotowi gospodarczemu. Wtedy to (zacytuję pana ministra) zniknie “(…)zmora PRL-u przejawiająca się w braku wiary, że ludzie posiadają wrodzoną zdolność do skutecznego samodzielnego działania.” Ludzie z pewnością takie działania podejmą, tylko trzeba dać im taką szansę. Sprzedaż majątku jak wyżej zostało wykazane takiej szansy nie daje. Zastosowanie takiej metody, uwolni polityków od wszelkich trudów prywatyzacji, walki z bezrobociem i deficytem budżetowym. Taka jest propozycja lewicy co do sposobu przywrócenia równowagi budżetowej. Pozostaje pytanie o rolę i funkcje prywatyzacji w strukturze polskiego ustroju gospodarczego. Od odpowiedzi na pytanie o nasz ustrój gospodarczy, czyli porządek panujący w systemie, pan minister uchyla się w bardzo elegancki i skuteczny sposób, opisany przez prof. K.Galbraitha. Ten sposób to oświadczenie “ja tu nie rządzę”. Pan minister kreując się na skromnego księgowego uwalnia się od wszelkiej odpowiedzialności za politykę rządu. To wygodne, ale nakazuje ostrożność, każe powątpiewać w czystość politycznych intencji pana ministra. Expose z publicznie deklarowanym neoliberalizmem, przywodzi na pamięć wszystkie z piekła duchy czasu L. Balcerowicza. Obawiać się należy, że w dalszym ciągu będziemy realizować zabójcze dla gospodarki, zdegradowane w świecie pomysły czcicieli monetaryzmu i bezmyślnie wykonywali zalecenia MFW i Banku Światowego. Natomiast sugerowana ucieczka w strefę euro oznacza brak pomysłu na własną narodową gospodarkę. Tracąc własny pieniądz tracimy cząstkę suwerenności i co gorsze nie będziemy mieli możliwości jej odzyskania Na strefę euro mogą sobie pozwolić potęgi gospodarcze, a my mimo posiadanego potencjału, taką nie jesteśmy. Szanse na mocną pozycję w Europie straciliśmy właśnie za rządów Balcerowicza i wygląda na to, że wcale nie zamierzamy jej zdobyć. Każda deregulacja i derogacja kojarzyć się będzie z brakiem poczucia państwowości polskich polityków, którzy z bezmyślnym zapałem realizowali Strategię Lizbońską 2000, a której skutki opisał w swoich publikacjach prof. Kazimierz. Poznański. Nalezy zdecydowanie odrzucić nazbyt sztywny aparat pojęciowy i schemat, który skutecznie zasłania widok możliwych rozwiązań innych niż neoliberalne. Należy przerwać trwający 18 lat chocholi taniec. Skoro historia uwidoczniła fałszywość założeń obecnego pseudosystemu, to winien on upaść co rychlej. Sami musimy zrobić wreszcie to co inni już dawno zrobili (Niemcy i Skandynawowie). Sami musimy wykonać własną pracę, podobną do tej, którą ostatnio wykonała Irlandia. Musimy wreszcie dołączyć do bogatych krajów zachodniej demokracji.
Uwagi sformułował i przedstawił Sekretarz Instytutu Badań nad Społeczną Gospodarką Rynkową A. Z. Gusiew |