Maksymilian Podstawski Warszawa, 14 Stycznia 2009

Polska w Europie Środkowej, część II

(kilka słów o demografii)

 

Przywódca Platformy Obywatelskiej przyjął w kampanii wyborczej zobowiązanie prowadzenia polityki prorodzinnej. Już jako premier, w swym exposé wygłoszonym w Sejmie w dniu 23.11.2007 roku Donald Tusk powiedział:“...ważne dla przyszłości Polski jest uniknięcie zagrożeń demograficznych. Oznacza to potrzebę rozwoju polityki prorodzinnej, uruchomienie wszystkich narzędzi realnie wspierających wzrost liczby urodzin. Jest to ważne, by wzmacniać warunki do łączenia aktywności zawodowej z wychowywaniem dzieci. Skoro Francja przez rozwój sieci żłobków i przedszkoli mogła w dziesięć lat poprawić wskaźnik dzietności z poziomu jaki mamy dzisiaj w Polsce, 1,3, do poziomu 1,8, to warto w perspektywie właśnie 10 lat postawić sobie taki cel.” Jak wynika z exposé, rząd koalicyjny PO-PSL pragnie wpływać aktywnie na poprawę sytuacji demograficznej Polski. Program Platformy opiera się w dużej części na hasłach konserwatyzmu oraz chrześcijańskiej demokracji, co nie zawsze idzie w parze z wypowiedziami tych polityków PO, którzy wywodzą się z dawnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Jeżeli chodzi o PSL to polityka prorodzinna wypływa w sposób naturalny z ideologii ludowców. PSL odwołuje się do nowoczesnego agraryzmu nawiązującego do nauki społecznej Kościoła katolickiego i postuluje zasadę pomocniczości, prymat pracy nad kapitałem, odrzucenie monetaryzmu i neoliberalizmu oraz dążenie do systemu regulowanej gospodarki rynkowej. Antyneoliberalny program PSL-u pozwala na zrozumienie potrzeb demograficznych Polski. To, że PO opowiada się także za polityką prorodzinną stanowi pewną pozytywną ewolucję poglądów w tej partii, do której częściowo przyczyniają się zapewne ludowcy oraz Kościół katolicki ze swoją doktryną nauki społecznej. Polityka prorodzinna PO jest rezultatem wewnętrznych przemyśleń i przewartościowań w samej partii. PO stara się z pozycji neoliberalnych przesunąć bardziej w stronę prospołeczną. Jeżeli te wysiłki przyniosą pozytywne rezultaty, to na polskiej scenie politycznej, od prawicy do lewicy zapanuje zgoda “ponad podziałami” w jednej zasadniczej sprawie: sytuacja demograficzna Polski powinna ulec poprawie. Pozostałe różnice między siłami politycznymi w sprawach pokrewnych są bardzo ważne (aborcja, antykoncepcja, in vitro itd.), ale nie powinny przeszkadzać w sposób zasadniczy w ogólnospołecznych wysiłkach na rzecz pomocy dla rodzin oraz poprawy polskiej demografii.

Wydaje się, że w Polsce niski przyrost naturalny wiąże się przede wszystkim z kiepską jakością i poziomem życia jej obywateli. Na temat sytuacji demograficznej Polski wypowiadają się często hierarchowie Kościoła katolickiego w swych homiliach. W kazaniach dominuje tematyka aborcji i niskiego przyrostu naturalnego. Kościół zapowiada starania o zaplanowaną na dziesiątki lat skuteczną i sprawiedliwą politykę prorodzinną, a nie tylko “pronatalistyczną i socjalną”. Hierarchowie podkreślają, że Polska jest w Europie na szarym końcu pod względem dzietności rodzin, a za kilkanaście lat staniemy się społeczeństwem nie posiadającym prostej zastępowalności pokoleń.

Cytowany wyżej Walter Laqueuer twierdzi, że polityka pronatalistyczna nigdy nie była i nie jest skuteczna. Sceptycznie ocenia szanse powodzenia sponsorowanych przez państwo kampanii na rzecz wzrostu liczby urodzin. Jego zdaniem tego typu działania mogą być skuteczne na krótką metę, ale nie odwrócą dominujących trendów. Przeczy temu jednak fakt, że po II wojnie światowej, przez kilkadziesiąt lat, notowano w Polsce wysoki przyrost naturalny. Nie pamiętamy już obecnie czy była to polityka prorodzinna, pronatalistyczna, czy socjalna. W każdym razie sprzyjała jej zarówno polityka państwa, jak i działalność Kościoła katolickiego i to nie tylko jeżeli chodzi o wzrost liczby urodzin. Jeżeli nie była to wręcz współpraca, to przynajmniej “interes” (przepraszam za słowo) był wspólny; mam na myśli chociażby potrzebę zagospodarowania i zasiedlenia Ziem Odzyskanych, na których powstawały polskie parafie rzymsko-katolickie. W latach 50. przybywało w Polsce ponad 500 tys. mieszkańców rocznie. Okres PRL-u nie był więc dziurą demograficzną w historii Polski; olbrzymia większość żyjących obecnie obywateli naszego kraju urodziła się właśnie w tamtym okresie. Kolejny wyż demograficzny przyszedł z początkiem lat 70. oraz na początku 80. Od końca lat 80. przyrost naturalny drastycznie spadał, (a więc jak gdyby dopiero z nastaniem demokratycznej Polski pojawiła się prawdziwa dziura - demograficzna), by na początku XXI wieku osiągnąć wartość poniżej zera. Według niektórych źródeł liczba mieszkańców Polski wyniesie w 2008 roku 38 mln, a w roku 2035 – ok. 36 mln, przy czym w tym okresie (2008 do 2035) nigdy nie osiągnie obecnego poziomu liczby ludności. Inne źródła zakładają powolny wzrost liczby ludności do 39 milionów, a następnie gwałtowny spadek liczby ludności Polski do 30 mln w roku 2030. (Wydaje się jednak, że wszystkie te prognozy nie biorą dostatecznie pod uwagę fali imigracji zarobkowej jaka czeka Polskę. Wysoki przyrost naturalny i bezpieczeństwo funduszy emerytalnych pomogą zapewnić Polsce właśnie młodzi imigranci, tak jak ma to miejsce we Francji i w Skandynawii). Aby osiągnąć naturalną wymianę pokoleń, wskaźnik dzietności powinien wynosić co najmniej 2,1, podczas gdy w Polsce kształtuje się on na poziomie 1,27. Premier Tusk postuluje uzyskanie wskaźnika 1,8. To jeszcze za mało! Niski przyrost naturalny w Polsce związany jest m. in. z tym, że z Polski wyemigrowało w ostatnich latach ok. 3 mln ludzi w wieku rozrodczym (migranci to na ogół osoby w tzw. wieku rozrodczym!), a około 1,5 mln osób jest w Polsce nadal bez pracy. Wielu z tych ostatnich odwleka decyzję posiadania dzieci i zawarcia związku małżeńskiego. Na wsi brak kobiet chętnych do zamążpójścia.

Od 2006 roku liczba urodzeń w Polsce jest wyższa niż liczba zgonów. W dorosłe życie wchodzi pokolenie wyżu demograficznego lat 80. Równocześnie w przedszkolach brak miejsc, a dla 2 milionów rodzin brakuje mieszkań. (W okresie PRL-u takim hamulcem dla rozwoju rodzin były ograniczenia metrażowe). Baby boom zakończy się już w roku 2013; od tego roku Polaków stopniowo zacznie ubywać. Co robić, aby temu zapobiec? Rozwiązaniem długofalowym jest np. znoszenie opodatkowania dla rodziców posiadających więcej niż dwoje dzieci. W tym kierunku idą już niektóre decyzje. Ludzie zaczną więcej zarabiać i stać ich będzie na posiadanie dużej rodziny. Więcej dzieci to pewność, że zapracują one w przyszłości na emerytury. Doraźnym rozwiązaniem dla gospodarki wydawała się być do niedawna (tzn. do czasu kryzysu i spowolnienia gospodarczego) imigracja. W Polsce obecnie przebywa ok. 700 tysięcy cudzoziemców, a każdego roku przybywa ich 20 tysięcy. Rozważenia wymaga sprawa uproszczenia procedur przyznawania polskiego obywatelstwa, choćby z tego powodu, że w Unii Europejskiej liczba ludności ma istotne znaczenie przy podejmowaniu unijnych decyzji. W roku 2020 liczba imigrantów ma osiągnąć 30 tysięcy rocznie i o 1/3 przekroczyć liczbę osób emigrujących z Polski. Imigranci pracować będą na przyszłe nasze i swoje emerytury niejako od “zaraz”. Doprecyzowania wymagałaby przy tym sprawa, czy powyższe liczby wskazują na imigrantów osiedleńców czy imigrantów czasowych. W każdym razie imigracja zapobiegnie kryzysowi na rynku pracy w Polsce i załamaniu się systemów emerytalnych. Zakładamy oczywiście, że gospodarka polska będzie się nadal (za rok lub dwa) szybko rozwijać. Jeżeli szybkiego rozwoju gospodarczego nie będzie, wszelkie rozważania o poprawie sytuacji demograficznej Polski poprzez wzrost liczby urodzin, ograniczenie emigracji oraz mądrą i przemyślaną politykę imigracyjną tracą wszelki sens. Okazać się bowiem może, iż skrajnym przypadku trzeba będzie nawet powstrzymać powroty Polaków z zagranicy.

Imigracją czasową (do konkretnych prac: np. autostrady, obiekty sportowe) można ratować sytuację na rynku pracy w przypadku jakichś nadziei na przyrost naturalny w przyszłości. Imigracją stałą sytuację można ratować, gdy takiej nadziei nie ma. Czy Polska ma szanse na wyższy przyrost naturalny? Fakty mówią same za siebie; ani państwo polskie, ani Kościół po roku 1989 nie radzą sobie z gwałtownym spadkiem urodzin w Polsce. Organizacja życia codziennego polskich rodzin, warunki życia (i nie chodzi tu tylko o poziom ubóstwa czy zamożności, ale przede wszystkim o fatalną organizacje życia codziennego polskich rodzin) nie sprzyjają posiadaniu dzieci. Można się dziwić, że mimo wielu przeciwności tak wiele młodych małżeństw pragnie w ogóle w tych warunkach mieć dzieci. Premier Tusk powołuje się na przykład Francji i pragnie zastosować socjalne rozwiązania francuskie. Zamiar ten się nie uda, jeżeli nasz rząd nie zdecyduje się rzeczywiście na francuskie (czy skandynawskie) rozwiązania; liczba posiadanych dzieci powinna przede wszystkim w sposób wyraźny i odczuwalny wpływać w Polsce (tak, jak to ma miejsce właśnie we Francji) na zmniejszenie płaconych podatków. Po II wojnie światowej państwo i Kościół w Polsce, wychodząc z diametralnie odmiennych przecież założeń ideologicznych, zmierzały skutecznie do podobnego celu; do odbudowy potencjału biologicznego narodu po strasznych stratach i cierpieniach wojennych. Czy obecnie, po stratach, jakie nastąpiły po 1989 roku w wyniku emigracji i niskiego przyrostu naturalnego może dojść do połączenia wysiłków państwa i Kościoła, (a także innych związków wyznaniowych)? Chodzi o to, aby siły polityczne w Polsce przynajmniej sobie w tych sprawach nie przeszkadzały. Na naszej scenie politycznej, nad sytuacją zubożałych w wyniku tzw. transformacji ustrojowej rodzin polskich pochyla się obecnie zarówno lewica, jak i prawica. Czyli sytuacja jak gdyby się powtarza? Lewica, prawica i Kościół w sprawach demograficznych znowu razem? To paradoks, czy prawidłowość? Rządząca centro-prawicowa Platforma Obywatelska ze swym neoliberalnym programem gospodarczym nie bardzo do niedawna pasowała do oczekiwań Kościoła katolickiego i jego prorodzinnych celów. Sytuacja ta jednak powoli się zmienia, bo neoliberalizm od dawna się na świecie nie sprawdza, a jego zwolennicy w Polsce jako ostatni, po cichu i ze wstydem zwijają sztandary. Chociaż są i tacy, których nawet ostatni kryzys niczego nie nauczył. Neoliberalizm nijak się ma do socjalnej doktryny Kościoła. Jeżeli nie jest bezpośrednio krytykowany przez Kościół, to nawoływanie od dawna ze strony niektórych publicystów katolickich do “społecznej korekty liberalizmu” o czymś świadczy. Cele lewicy, prawicy i Kościoła nie są oczywiście w sprawach demograficznych identyczne. Jednak różnice między pojęciami: “polityka prorodzinna” a “polityka socjalna”, czy “pronatalistyczna” z przyczyn praktycznych pozostawić należałoby wąskim specjalistom, gdyż w każdym przypadku w razie sukcesu, skutkiem może być tylko wzrost przyrostu naturalnego. Upraszczając można powiedzieć, że polityka prorodzinna kładzie akcent na prokreację, a polityka socjalna na materialny poziom życia nowonarodzonych oraz ich rodzin. Przy czym lewica, również ta bezwyznaniowa, wydaje się akceptować wszystkie rozsądne programy prorodzinne. “Im więcej działań socjalnych w polityce rodzinnej, tym mniej jest ona skuteczna” twierdzi natomiast Profesor Jean Didier Lecaillon, gdyż “nie chodzi tu tylko o poprawę sytuacji materialnej ludzi, którzy tej pomocy oczekują”. Nie da się jednak zupełnie oddzielić działań socjalnych od wszelkich innych na rzecz przyrostu naturalnego. Można przyjąć, że im wcześniej młodzi ludzie wejdą w dorosłe życie zawodowe, tym warunki dla wczesnego założenia rodziny są bardziej sprzyjające. Więc im wcześniej tym lepiej! Szkoła od 6 lat, zgodnie zresztą z założeniami unijnymi, to byłby dobry początek. Ewentualne skrócenie czasu nauki przed studiami z 12 do 11 lat (o ile to możliwe) przyniosłoby też dobre skutki. Ułatwienia dla małżeństw studenckich na studiach stacjonarnych (i zaocznych) to również rozwiązania we właściwym kierunku. Rozwodów w Polsce jest coraz więcej i tu przydałaby się pomoc państwa także dla rozwodników, którzy pragną ponownie zaznać szczęścia małżeńskiego i wspólnie wychowywać swe i wspólne dzieci (należałoby pokazać życie takich nowych małżeństw w mediach, filmie, literaturze – tak, jak czynią to Amerykanie). Ciekawe byłoby przeprowadzenie badań pod kątem wieku rozwodników; może się tu okazać, że wbrew utartym opiniom częściej rozwodzą się osoby, które zawierają związki małżeńskie w późniejszym wieku, np. po “trzydziestce”.

Podobieństw między skrajnymi nawet stronnictwami politycznymi można się dopatrzeć nie tylko w sprawach dotyczących programów prorodzinnych, ale również w poglądach na politykę imigracyjną. Przykładem niech będzie tutaj znowu Kościół katolicki, który próbuje sprostać wymogom czasu, poświęcając dużo uwagi pracy misyjnej wśród wietnamskich imigrantów w Polsce. Wietnamczycy przemieszczali się kilka lat temu z Niemiec i Czech do Polski. W polskich miastach nie tworzą zamkniętych enklaw etnicznych lecz mieszkają wśród nas. Pochodzą w większości z Północnego Wietnamu, gdzie po przesiedleniach, jakie miały tam miejsce po odejściu Francuzów z Indochin pod koniec lat 50., dominuje ludność związana kulturowo z buddyzmem. Zajął się nimi w Polsce Kościół katolicki, a ich duszpasterzem jest werbista, ks. Edward Osiecki. (w całym Wietnamie katolicy stanowią około 30% populacji). Wietnamczycy to dobry nabytek dla naszego kraju; przy swej pracowitości i zdolnościach, za kilkadziesiąt lat przysporzą Polsce wybitnych fachowców w wielu dziedzinach. Wietnamczycy dają sobie w Polsce radę; rządzą się własnymi zasadami, podobnie jak u nas w średniowieczu ludność żydowska, niemiecka i ormiańska. Mają przy tym niesłychaną zdolność przyswajania czynników adaptacyjnych. Mimo, że rządzą się własnymi zasadami, nieprawdą jest, że są – jak twierdzi się niekiedy - społecznością zamkniętą. Przebywałem w Wietnamie 3 lata i odniosłem zupełnie inne wrażenie; Wietnamczycy są ludźmi serdecznymi, towarzyskimi i skłonnymi do nawiązywania znajomości z osobami spoza swego kręgu. Ważne dla nich są więzi rodzinne. Ich pełna integracja z polskim społeczeństwem to tylko kwestia czasu. Przyśpieszonej integracji dzieci wietnamskich oraz innych imigrantów z polskim społeczeństwem sprzyjałyby odpowiednie programy edukacyjne w polskich szkołach, bo jak się wydaje nie wszędzie w naszych szkołach z tolerancją i szacunkiem dla kulturowej odrębności jest dobrze.

Generalnie rzecz biorąc lewica imigracji sprzyja, prawica katolicka ma zastrzeżenia (patrz np. blog Marka Jurka i jego obawy odnośnie imigracji. Ma on skądinąd rację twierdząc, że “żadna partia polityczna nie przedstawia propozycji w tej – być może – najważniejszej sprawie jaką jest w Polsce kryzys demograficzny”).

Wracając jednak do przyrostu naturalnego. Prognozy dzietności w Polsce, nawet w wariantach optymistycznych, to wskaźnik ok. 1.6 w 2030 roku. Bo warunków dla rodzenia dzieci nadal będzie jednak u nas brak; wśród krajów UE zagrożenie ryzykiem ubóstwa dzieci jest największe w Polsce; udział polskich dzieci w edukacji przedszkolnej jest najniższy w Europie.21/ W społeczeństwach rozwiniętych (a do takich Polska się zalicza) decyzje dotyczące urodzenia dzieci podejmowane są przede wszystkim wtedy, gdy jest pewność, że obowiązki związane z wychowaniem i wynikające z nich ograniczenia zostaną sprawiedliwie rozdzielone między matkę i ojca (Kanada, Nowa Zelandia, USA, Wielka Brytania). Działalność legislacyjna w tym obszarze, tj. na rzecz równego statusu kobiet i mężczyzn mogłaby coś w Polsce, w dłuższej perspektywie zmienić. W Polsce mamy przykłady nie tylko nierównego traktowania kobiet, ale także mężczyzn (np. przed sądami, w sprawach dotyczących prawa do dzieci).

Należy postawić pytanie czy Kościół wzywający do przestrzegania zasad etycznych katolicyzmu jest w stanie wpłynąć na młode Polki i młodych Polaków do prokreacji. Odpowiedź brzmi – w zasadzie nie. Zresztą od dawna się to nie udaje. A tendencje są coraz bardziej niesprzyjające. Rośnie w Polsce odsetek ludzi żyjących w wolnych związkach. Odsetek dzieci przychodzących na świat w konkubinatach zrówna się wkrótce z odsetkiem dzieci ze związków małżeńskich. (Inne źródła twierdzą, że o ile w roku 2000 dzieci pozamałżeńskich w Polsce urodziło się 12,1%, to w roku 2007 już 19,5%, Trybuna, 25.09.2008). W dużych miastach ślub cywilny wybiera nawet 60% par. Jedynie 2% Polaków stosuje naturalne metody antykoncepcji zalecane przez Kościół. Ponad 44% ankietowanych twierdzi, że w pierwszych miesiącach ciąży kobieta powinna mieć prawo wyboru, czy chce urodzić dziecko.

Wszystko to nie oznacza wcale, że Kościół katolicki nie ma już wpływu na kształtowanie polityki demograficznej w Polsce. Otóż ma, i to bardzo duży, poprzez swych wyznawców, jakkolwiek najważniejsze instrumenty pozostają w rękach państwa Nie jest przy tym rzeczą przypadku, że zarówno Kościół, jak i rządząca Polską koalicja PO-PSL powołuje się na sukcesy francuskiej polityki prorodzinnej. Francja to, jak wiadomo, kraj raczej świecki, z tradycjami Rewolucji Francuskiej. Dlaczego więc przykład francuski jest tak atrakcyjny w Polsce, niebędącej przecież przykładem państwa idealnie neutralnego światopoglądowo? Rzecz w tym, że francuska prawica jest “postępowa” i w przeciwieństwie do większości partii konserwatywnych w innych krajach Europy, dała się przekonać lewicowym argumentom i uważa, iż państwo powinno wspierać kobiety w pogodzeniu obowiązków rodzinnych i zawodowych. I wszystkie rozwiązania prorodzinne są temu podporządkowane. Tam, gdzie miejsce kobiety widzi się przede wszystkim w domu (Niemcy), tam mimo o wiele wyższych niż gdzie indziej wydatków na prokreację, wyniki są mizerne.

Jest oczywiste, że od okresu powojennego kiedy Polacy chcieli mieć dzieci sytuacja się zmieniała. Po wojnie oczekiwało dzieci całe społeczeństwo polskie (dzieci rodziły się mimo, że najprostsze środki antykoncepcyjne były już wtedy łatwo dostępne), sprzyjało państwo, chciał tego Kościół. Wydaje się, że obecnie bez aktywnego wsparcia ze strony państwa, nic w polskiej demografii nie drgnie i Kościół ma prawdopodobnie tego świadomość. Z kolei Kościół w Polsce jest tak blisko państwa i polityki, że państwo bierze pod uwagę oczekiwania Kościoła. Zupełnie inna sprawa natomiast czy nawet osiągnięcie wysokiego lub przyzwoitego wskaźnika urodzin zlikwiduje w krótkim czasie dziurę demograficzną. Przypuszczalnie nie zlikwiduje, ale “trzeba się starać”. Do powstania tej dziury przyczyniły się po roku 1989 wszystkie bez wyjątku rządy, które prowadziły neoliberalną politykę ekonomiczną. Nie było w niej miejsca ani na tzw. trzecią drogę, ani na naukę społeczna Kościoła katolickiego, ani na politykę socjalną. Skutek jest taki, że już wkrótce zabraknąć w Polsce może rąk do pracy zarówno do najprostszych czynności, jak i do prac wymagających wysokich kwalifikacji. Bezrobocie będzie spadać z powodu emigracji i rozwijającej się gospodarki oraz braku młodych roczników chętnych do podjęcia pracy. Jeżeli nawet gospodarka nieco w Polsce przyhamuje, np. na 2 lata, (co już ma miejsce), to po tym okresie bezrobocie spadać będzie nadal. Niedługo przedsiębiorcy państwowi i prywatni poszukiwać będą pracowników wśród osób niepełnosprawnych i emerytów, czemu zresztą należałoby przyklasnąć. Z wysiłków na rzecz poprawy przyrostu naturalnego nie można w żadnym przypadku rezygnować, ale pewnym i szybkim rozwiązaniem polskich problemów z brakiem siły roboczej jest niewątpliwie imigracja. Karta Polaka nie mogła i nie miała chyba w swym założeniu pomóc w rozwiązaniu problemów demograficznych Polski. Polacy z krajów byłego ZSRR nie wyrażali masowo chęci przyjazdu do Polski, ale też Polska nie potrafiła zapewnić im warunków pobytu i pracy. Sytuacja na wschód od Polski zmienia się obecnie dynamicznie i nie wiadomo czy to dostrzegamy i czy jesteśmy w stanie do niej się dostosować. Kryzys gospodarczy w Rosji, na Białorusi, a szczególnie na Ukrainie jest głębszy niż w Polsce czy na Zachodzie. Zubożenie na Wschodzie oznaczać będzie na dłuższą metę napływ do nas taniej siły roboczej, szczególnie z Ukrainy. Jak na razie liczymy na powrót do Polski młodych ludzi z najnowszej emigracji zarobkowej na Zachód i być może część z nich wróci. Można by także, idąc tym tropem, zachęcać do przyjazdu i pracy w Polsce innych środkowoeuropejskich emigrantów na Zachodzie – przede wszystkim fachowców i osoby posiadające kapitał. Najłatwiej adaptowałyby się w Polsce osoby znające któryś z języków słowiańskich. Konieczna byłaby także polityka zachęcania studentów obcokrajowców, a przynajmniej nie utrudniania im tej decyzji, do pozostania w Polsce. W chwili obecnej polskie przepisy imigracyjne są bardzo restrykcyjne. Należałoby je złagodzić (i rząd PO-PSL ma zamiar to uczynić). Skoro imigrant jest chętny do pracy i jest praca, to powinien ją otrzymać, a skoro ma pracę to należy mu zapewnić legalny pobyt. Następnie powinien się starać i mieć możliwość uzyskania obywatelstwo. W Polsce dochodzi do 6-8 tysięcy deportacji rocznie. Opinii publicznej nie znane są wiarygodne liczby dotyczące nielegalnych imigrantów, zwłaszcza tych ze słowiańskim rodowodem oraz z Wietnamu. Istnieją ekspertyzy dowodzące, że bez importu sezonowej siły roboczej np. z Chin, Bangladeszu czy Indii nie wybudujemy na czas infrastruktury na Euro 2012. Przy czym większość pracowników zatrudnionych w związku z Euro wróci do krajów macierzystych po zakończeniu kontraktu. A bez sezonowych pracowników do zbioru owoców i płodów rolnych stracić możemy rynki na polską żywność. Potrzebne są więc decyzje polityczne i jasne określenie ilu imigrantów i skąd chcemy przyjąć oraz zintegrować ich ewentualnie z społeczeństwem polskim. Przy mądrej polityce adaptacyjnej nie ma obaw o zagrożenie dla polskiego dziedzictwa kulturowego.