To jest szaleństwo!

Z prof. Pawłem Bożykiem

rektorem Wyższej Szkoły Ekonomiczno-Informatycznej

rozmawia Janusz Michałek

 

Minister Aleksander Grad przyznał, że nie ma już szans, by zrealizować tegoroczne plany prywatyzacji, które zakładały wpływy wysokości 12 mld zł. Natomiast sprzedaż mniejszych firm i tzw. resztówek przyniosła dotychczas tylko 4,2 mld zł. Co to oznacza dla budżetu i dla zwykłych podatników?

- Zawsze byłem i jestem przeciwnikiem prywatyzacji na siłę. Ten plan od początku sprawiał wrażenie oderwanego od rzeczywistości, nie uwzględniał przede wszystkim sytuacji kryzysowej w światowej gospodarce. Grozi nam więc wzrost deficytu budżetowego. W krótkim czasie skutki tego byłyby oczywiście dla Polaków dolegliwe, lecz w dłuższej perspektywie mogą okazać się wręcz zbawienne. Po prostu dochody wypracowane przez te firmy prawdopodobnie przewyższą zyski z ich przewidywanej sprzedaży. Dlatego osobiście jestem bardzo szczęśliwy z tych problemów rządu. Tegoroczni laureaci nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii udowadniają przecież, że zarządzanie własnością publiczną może przynosić pozytywne efekty.

Jak wiadomo, w 2010 r. dług publiczny wyniesie ponad 52 mld zł i zbliży się do granicy 55 proc. PKB. Minister finansów Jacek Rostowski postanowił ratować sytuację poprzez masową prywatyzację - głównie firm z sektora energetycznego i chemicznego. Wpływy z tego tytułu miały wynieść 12 mld. zł, w tym oraz 25 mld w przyszłym roku. Jak w ogóle ocenia Pan pomysł ratowania finansów publicznych poprzez wyprzedaż majątku narodowego?

- To prawdziwe szaleństwo podyktowane głównie przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi. Politycy Platformy próbują udowodnić, ze kryzys nam niestraszny. Dlatego między innymi ministrowie Aleksander Grad i Jacek Rostowski wyszli naprzeciw zwolennikom ekstremalnej prywatyzacji. Jak można było w ogóle pomyśleć na przykład o pozbyciu się KGHM? Czyżby nie wyciągnięto żadnych wniosków ze sprzedaży PZU, który także przynosił i przynosi olbrzymie zyski? Sprzedaje się złote jajka, a nie kury, które je znoszą. Podobnie jak żadna rodzina nie rozwiąże swoich kłopotów finansowych poprzez pozbycie się mebli i mieszkania.

Dlaczego, Pana zdaniem, koncern RWE AG wycofał się z zakupu spółki energetycznej ENEA, co miało dać do budżetu 6-7 mld zł?

- Moim zdaniem, nie należy szukać żadnej teorii spiskowej. Kluczowe znaczenie miało zapewne załamanie gospodarcze w Niemczech. Niemal we wszystkich krajach spadają dochody, wzrasta bezrobocie. Tylko nasz rząd chwali się dodatnim wskaźnikiem PKB. To bardzo prymitywne, jednostronne podejście do zjawisk kryzysowych.

Ponoć mniejsze wpływy mają zostać wyrównane przez sięgające 11 mld zł wpływy z dywidend od spółek z większościowym udziałem skarbu państwa. Czy to właściwe rozwiązanie?

- Skądże, jedno z najgorszych. Jeśli pozbawimy te firmy zysków, to z czego maja się one rozwijać i być konkurencyjne? To kolejny przykład doraźnego patrzenia na ekonomię i łatania dziur bez myślenia o konsekwencjach na przyszłość. Polityk-ekonomista nie może mieć mentalności księgowego, któremu 31 grudnia wszystko musi się zgadzać. Powinien myśleć o następnych pięciu - dziesięciu latach.

Dziękuję za rozmowę.

źródło: TRYBUNA NR 249 (5974) /PIĄTEK/ 23 X 2009